piątek, 28 maja 2010

Napieralski odpowiada

Warszawa, 28 maja 2010 r.

 

 

 

Szanowny Pan

Tomasz Sulima

Nieformalna Grupa Młodych Rusinów

 

 

Dziękuję za przesłany „List otwarty”, w którym przedstawił Pan istotne dla „mniejszości ruskiej wyznania prawosławnego” problemy. Zanim odniosę się do postawionych w liście szczegółowych pytań, pragnę zapewnić Pana, że jeśli z woli wyborców obejmę urząd Prezydenta RP, problemy zamieszkujących w Polsce mniejszości narodowych i etnicznych będą przedmiotem mojej stałej troski. Deklaracja ta nie wynika z chęci „przypodobania się”, w toczącej się kampanii, grupie potencjalnych wyborców. W moim głębokim przekonaniu zagwarantowanie rzeczywistej równości obywateli, bez względu na ich narodowość czy wyznanie, we wszystkich sferach życia jest jednym z najważniejszych obowiązków państwa polskiego. W odniesieniu do mniejszości narodowych i etnicznych, także grup posługujących się językiem regionalnym, oznacza to konieczność podejmowania i wspierania przez państwo działań służących zachowaniu przez te społeczności własnej tożsamości narodowej. Istotną sferą tej działalności jest wprowadzenie do obowiązującego systemu prawnego antydyskryminacyjnych norm. Przeciwdziałanie dyskryminacji musi być połączone ze społeczną edukacją ukierunkowaną na zmianę wciąż obecnych w społeczeństwie polskim negatywnych wobec mniejszości, stereotypów i uprzedzeń. O konieczności działań edukacyjnych, także wobec części polskich elit politycznych, świadczą postawy dużej części, także w obecnej kadencji, parlamentarzystów sprzeciwiających się przyjęciu przez Sejm ważnych dla mniejszości aktów prawnych. Przykładem są przygotowane i zgłoszone do laski marszałkowskiej przez posłów klubu Lewica projekty ustaw: „o finansowaniu Prawosławnego Seminarium Duchownego w Warszawie z budżetu Państwa” (druk nr 1411), „o zmianie ustawy o kombatantach oraz niektórych osobach będących ofiarami represji wojennych i okresu powojennego” (druk nr 813). Pierwszy z cytowanych projektów przewiduje finansowanie Prawosławnego Seminarium na analogicznych do uchwalonych wobec 5 uczelni katolickich zasadach, drugi stworzyłby możliwość przyznawania przez sądy odszkodowań rodzinom pomordowanych przez formacje zbrojnego podziemia – między innymi przez oddział Romualda Rajsa, o czym Pan pisze w swoim liście. Niestety z woli posłów PO i PiS oba te projekty, podobnie jak przygotowany przez posła Eugeniusza Czykwina projekt uchwały Sejmu potępiający barbarzyńską akcję burzenia świątyń prawosławnych na Chełmszczyźnie i Podlasiu w 1938 roku, znalazły się w sejmowej „zamrażarce”.

Podzielam, czemu daję wyraz w moich publicznych wystąpieniach, Pana pogląd o potrzebie obiektywnej oceny okresu PRL. Byłem i jestem przeciwny polityce rozliczania i piętnowania ludzi, tylko za to, że w ramach istniejących wówczas unormowań prawnych i politycznych uczciwą pracą służyli swojej ojczyźnie.

Odnosząc się do poruszanych przez pana kwestii dotyczących „polityki wewnętrznej” pragnę poinformować, że klub Lewica popiera zaproponowane w przygotowanym przez grupę posłów projekcie ustawy „o zmianie ustawy o działach administracji rządowej oraz ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym” (druk nr 2390) propozycje przeniesienia kompetencji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji w sferze kultury mniejszości narodowych i etnicznych do Ministerstwa Kultury i Edukacji. W tej sprawie istotne znaczenie będzie miało stanowisko Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych.

Kwestia obchodzonych według kalendarza juliańskiego świąt jest przedmiotem dyskusji Komisji Wspólnej Rządu i Polskiego Autokefalicznego Kościoła Autokefalicznego. Podobnie jak we wspominanych wyżej sprawach deklaruję gotowość wspierania satysfakcjonujących stronę prawosławną rozwiązań. Pragnę także przypomnieć, że problem dni wolnych w czasie świąt prawosławnych w szkołach województwa podlaskiego w latach 2001 – 2005, dzięki przyjętym przez ówczesną Kurator Oświaty panią Zofię Trancygier rozwiązaniom nie budził kontrowersji.

Podzielam także Pańską opinię o potrzebie budowania przyjaznych, wzajemnie korzystnych relacji z naszymi wschodnimi sąsiadami: Białorusią, Rosją, Ukrainą. W mojej ocenie relacji takich nie można zbudować bez rozwiązania kwestii swobodnego przekraczania granic przez obywateli polskich i wspomnianych krajów. Dlatego będę inicjował i wspierał rozwiązania, których celem jest porozumienie o bezwizowym ruchu granicznym między Białorusią, Rosją, Ukraina i krajami Unii Europejskiej.

Życząc Panu wszelkiej pomyślności pragnę zapewnić, że niezależnie od wyników wyborów prezydenckich, będę wspierał wszystkie inicjatywy służące tworzeniu w Polsce warunków, w których obywatele przynależący do mniejszości, mając równe szanse we wszystkich dziedzinach życia, mogli jednocześnie zachować i kultywować własną tradycję, wiarę i kulturę.

 

Z poważaniem,

 

      /-/ Grzegorz Napieralski

          

 Przewodniczący

Sojuszu Lewicy Demokratycznej

środa, 19 maja 2010

Wybory

Warszawa, dn. 18.05.2010 r.

Nieformalna Grupa

Młodych Rusinów

 

 

LIST OTWARTY DO KANDYDATÓW

NA URZĄD PREZYDENTA RP


 

Szanowni Państwo

 

W związku z nadchodzącymi wyborami na urząd prezydenta RP zwracam się do Państwa jako przedstawiciel liczącej 300 tys. osób mniejszości ruskiej wyznania prawosławnego z zapytaniem o wizję prezydentury i państwa polskiego w latach 2010-2015 w perspektywie interesów naszej społeczności. Odpowiedzi na poniższe zagadnienia zostaną opublikowane w mediach związanych z naszą mniejszością.

Prezydent jako najwyższy przedstawiciel państwa ma realny wpływ na jego wizerunek oraz życie jego obywateli. W jaki sposób wizerunek może ulec zmianie tak, by nasza społeczność mogła uznać Rzeczpospolitą jako swój, bezpieczny dom, z którym będzie mogła się utożsamić?


Polityka historyczna

Od 1989 roku i nastania nowego ładu w Polsce zauważamy postępujące zmiany polityki historycznej kolejnych rządów prawicowych (Solidarność, AWS, PiS), które na różne sposoby uderzały w naszą mniejszość.

Wielu z nas otrzymało pogróżki, część została zwolniona z pracy ze względu na pochodzenie. Państwo polskie z różnym nasileniem prowadziło politykę polonizacyjną. Niedawno przeżywaliśmy rocznicę barbarzyńskiego aktu terroru władz (najwyższych oraz lokalnych) II Rzeczypospolitej w 1938 r., kiedy to na południowym Podlasiu i Chełmszczyźnie mocą rozporządzeń wojewodów na wniosek Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zrównano z ziemią ponad 100 świątyń prawosławnych. Do dzisiaj nie doczekaliśmy się publicznej debaty na temat polityki wewnętrznej II RP, do której – w naszym przekonaniu – władze III RP powinny jako bezpośredni sukcesor zostać zobligowane. Oczekujemy krytycznej oceny okresu międzywojnia.

Szczególnie boleśnie odczuliśmy wyrok Sądu Warszawskiego Okręgu Wojskowego z 1995 roku, który rehabilitował postać kpt. Romualda Rajsa ps. Bury, odpowiedzialnego za mord na tle wyznaniowo-narodowościowym na kilkudziesięciu niewinnych osobach w 1946 r. Przez wiele lat walczyliśmy z władzami III RP o pozwolenie na postawienie pomnika upamiętniającego jeden z najważniejszych momentów XX-wiecznej martyrologii naszej społeczności. Według nas zbrodnia ta miała znamiona ludobójstwa.

Rozpoczęte w 2002 roku śledztwo w sprawie mordu zostało po trzech latach umorzone, ale mimo orzeczenia winy, nie doczekaliśmy się w tej sprawie czytelnego komunikatu władz Rzeczypospolitej, który potępiałby działania eksterminacyjne w imię „odbudowy państwa polskiego”. Romuald Rajs nadal widnieje w albumach poświęconych bohaterom AK.

W związku z tym faktem pragniemy publicznej debaty dotyczącej aktualnego kształtowania pamięci historycznej lat 1918-1946 oraz po roku 1989, do której jako obywatele Rzeczypospolitej mamy prawo. Uważamy iż polityka państwa polskiego prowadzona w tych latach bardzo często uderzała w mniejszości narodowe, etniczne oraz wyznaniowe. Pamięć historyczna tych lat, którą zawierają dzisiejsze podręczniki historii utożsamiona została z pamięcią narodu polskiego oraz wyznawców rzymskiego katolicyzmu, a więc nie uwzględnia pamięci nie tylko nas Rusinów (Białorusinów, Ukraińców), ale również Żydów czy Niemców.

Chcemy również publicznego głosu w ocenie lat 1946-1989, które jako społeczność nierzadko oceniamy inaczej niż reszta obywateli (by wspomnieć poparcie dla wprowadzenia stanu wojennego w roku 1981 r. 80-90% przedstawicieli naszej społeczności). Nie zgadzamy się na tak jednoznaczną ocenę okresu socjalistycznego w Polsce, zwłaszcza w kontekście dzisiejszej brutalnej polityki rozliczania i zawłaszczania przestrzeni symbolicznej państwa dla motywów narodowych (polskich) oraz konfesyjnych (rzymskokatolickich).

Uważamy, że aktualna wersja historii Polski, proponowana przez Ministerstwo Edukacji uwzględnia jedynie wybrane wydarzenia, selekcjonowane z punktu widzenia idei narodu polskiego oraz rzymskiego katolicyzmu. Pragniemy by historia obejmowała również ideę państwa wielu narodów i religii Rzeczypospolitej Obojga Narodów, która w sposób tolerancyjny wspierała wszystkie zamieszkujące ją grupy etniczne i konfesje, nie faworyzując jednej kosztem drugiej. Jako orędowników tej myśli chcemy wskazać na postaci wielkich obywateli naszego kraju – Czesława Miłosza oraz Jerzego Giedroycia.

Wielu z nas wybierze prezydenta, która zechce kontynuować tę ideę.

 

Polityka wewnętrzna

Społeczność nasza licząca kilkaset tysięcy obywateli III RP z dużym sentymentem odnosi się do okresu władzy ludowej w naszym kraju. Nie wynika to z socjalistycznych bądź komunistycznych poglądów większości z nas, a z konstatacji faktu, iż PRL nie traktował nas jak obywateli drugiej kategorii, co niejednokrotnie miało miejsce przed wojną. Jeżeli nie otrzymywaliśmy pozwolenia budowę świątyń, to wiedzieliśmy, że takiego pozwolenia nie otrzymali również rzymscy katolicy. A było to rozwiązanie niewspółmiernie mniej bolesne od faktu zamykania i burzenia cerkwi w latach 30. XX w.

Nastały czasy „Solidarności”, które przyjęliśmy z niepokojem. Baliśmy się powrotu polityki rządu sanacyjnego. Zawiązująca się na Białostocczyźnie prawica była nastawiona do nas co najmniej niechętnie, o czym świadczy fakt nieprzyjmowania jako członków „S” przedstawicieli naszej społeczności. Po 1989 roku nie było burzenia cerkwi. Nie mniej, polityka wewnętrzna państwa polskiego wobec naszej społeczności pozostawiała wiele do życzenia.

Do dzisiaj nie istnieje ustawa regulująca w pełni stosunki między państwem polskim a Polskim Autokefalicznym Kościołem Prawosławnym, a prawnicy posiłkują się dokumentem z roku 1991, mającym charakter tymczasowy. Dopiero w zeszłym roku, prawdopodobnie pod wpływem groźby międzynarodowego skandalu (sprawa przeciw Polsce w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu) zakończył się kilkudziesięcioletni spór między Kościołami prawosławnym, greckokatolickim oraz rządem o nieruchomości na Podkarpaciu.

Wiele do życzenia pozostawia nieuregulowanie sprawy świąt obchodzonych według kalendarza juliańskiego, które musimy odpracowywać, a w praktyce oznacza to ograniczenie naszych swobód religijnych. W końcu z dużym niepokojem przyjęliśmy do wiadomości fakt objęcia kuratelą wszystkich mniejszości etnicznych przez MSWiA, w miejsce Ministerstwa Kultury. Wydźwięk tego aktu nie pozostawia nam złudzeń w którym sektorze jako obywatelska mniejszość pragniemy być przez władze widziani.

Od prezydenta oczekujemy objęcia funkcji Gospodarza Domu, którym jest Rzeczpospolita. Dobry gospodarz powinien tym większą ochroną otaczać to, co może zaniknąć, a co deklarowane jest jako wartość. Oczekujemy, iż prezydent będzie w stanie obronić nas przed skutkami ewentualnych szkodliwych działań rządów. Oczekujemy prezydenta Rzeczypospolitej, a nie tylko narodu polskiego.

 

Polityka wschodnia

Jako społeczność ruska wyznania prawosławnego w granicach państwa polskiego zarówno w 1918 jak i 1945 r. znaleźliśmy się w wyniku działań wojennych. Nie braliśmy udziału w negocjacjach, nie urządzono wtedy plebiscytu. Nikt nas nie pytał do którego państwa chcemy należeć. Pamiętając o zasługach takich postaci jak wojewoda Adam Kisiel, czy książę i wielki hetman Konstanty Ostrogski – obywateli Rzeczypospolitej wiernych prawosławiu oraz o wschodnim pochodzeniu całej dynastii władców Polski Jagiellonów, nie chcieliśmy i nie chcemy się czuć w Polsce źle, obco.

Naszą małą ojczyznę – Białostocczyznę, traktujemy jako nasz rdzenny matecznik, do którego mamy prawo mimo kilkudziesięcioletniej polityki polonizacyjnej państwa polskiego. Moment odzyskania niepodległości przez Polskę zastał większość z nas na wygnaniu. Jako społeczność zostaliśmy dotkliwie doświadczeni przez I wojnę światową oraz emigracją roku 1915 w wyniku propagandy armii carskiej. Duża część spośród prawie miliona z nas powróciła do swoich domów gdy w Rosji nastała rewolucja i rządy bolszewików. Świadczy to o przywiązaniu do ziemi, nawet gdy ta znajdowała się w nowych granicach.

Powstanie II Rzeczpospolitej rozdzieliło naszą społeczność od współwyznawców oraz braci Rusinów (Białorusinów, Ukraińców, Rosjan), dzieląc również granicą Patriarchat Moskwy w środkowo-wschodniej części Europy. W wyniku tego, poprzez naciski władz naszego kraju, w sposób nie w pełni prawny utworzono Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny, istnienie którego potwierdzono i uznano w świecie prawosławnym dopiero w 1947 r. Rana tego podziału została pogłębiona w roku 1945, kiedy to nowa granica radykalnie zmniejszyła ilość wyznawców, odbierając najważniejsze ośrodki kultu i pielgrzymek. Zatarto szlaki handlowe, sąsiednie regiony zamieszkane przez naszych kuzynów i bliskich, znalazły się pod drugiej stronie granicy.

Koniec epoki PRLu, kiedy to związki naszego kraju z ZSRR były dość silne, mający miejsce w roku 1989, zmienił relacje Polski ze wschodnimi sąsiadami. W okresie ostatniego 20-lecia, a zwłaszcza od momentu przystąpienia kraju do Unii Europejskiej oraz zniesienia granic z Europą zachodnią, zauważyliśmy zacieśnienie wschodniej granicy kraju. Ma to konkretne konsekwencje nie tylko w handlu, ale również w obrębie turystyki i relacji kulturowych. Politykę historyczną, o której mowa powyżej, cechowała przez ten okres retoryka rozliczeniowa, dyskurs obejmowały tematy różnic cywilizacyjnych.

Uważamy, że uszczelnianie granic z naszymi wschodnimi sąsiadami nie jest właściwą polityką. W miejsce polityki sankcji i podporządkowywania własnym interesom chcielibyśmy dialogu i polityki otwarcia. Zauważamy pewną nieskuteczność działań na arenie międzynarodowej oraz marginalną rolę naszego kraju mimo ścisłych relacji Polski z krajami tradycji euroamerykańskiej. Jako alternatywę dla długotrwałego procesu integracji z Zachodem proponujemy rozważną politykę wschodnią, w której Polska z racji swego położenia mogłaby być geopolitycznym łącznikiem Zachodu ze Wschodem.

Oczekujemy prezydenta, dzięki któremu Polska nie będzie drugorzędnym satelitą któregokolwiek z wielkich politycznych bloków na naszej planecie, a będzie potrafiła prowadzić własną politykę wewnętrzną.

Uprzejmie proszę o możliwie pogłębione ustosunkowanie się wobec powyższych zagadnień.

  

Z wyrazami szacunku,

Tomasz Sulima

 

Nieformalna Grupa

Młodych Rusinów

 

 

 

 

P.S. Powyższy list wysłałem do wszystkich komitetów wyborczych, czekam na odpowiedzi.

czwartek, 6 maja 2010

9 maja - rosyjskie święto?


http://www.9maja.pl/list.php


Apel jest kompletnie irracjonalny i zamiast realnie pomóc w zbliżeniu polsko-rosyjskim, zamydli istotę problemu sowieckiego. Zamiast wytłumaczyć Polakom, że sowiecki to nie znaczy rosyjski, po raz kolejny ofiara stalinizmu zostaje utożsamiona z katem.

Nawet jeśli w Armii Czerwonej walczyli obywatele ZSRR urodzeni jako Rosjanie i nawet jeśli byli siłą wcieleni do wojska, to nie zmienia faktu, że walczyli przeciw temu co uosabiała ze sobą wtedy i dzisiaj Rosja (kultura, sztuka, filozofia, prawosławie).

Oddać hołd tym, którzy walczyli z narodem rosyjskim po to by podziękować za empatię Rosjan po 10 kwietnia 2010? Tragiczna pomyłka.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Pojednanie.


Mijają trzy dni od największej tragedii Państwa Polskiego od czasu II wojny światowej. W katastrofie lotniczej ginie 96 osób, w tym prezydent i najważniejsze osoby w państwie. Cała ta historia jest wstrząsająca, a jednocześnie tak nieprawdopodobnie symboliczna.

O uroczystościach upamiętniających 70. lat zbrodni w Katyniu media mówiły od kilku miesięcy. Wiadomo było, że się odbędą. Wydarzenie zainicjował premier Putin zapraszając D. Tuska. Już wtedy oburzyło to niektóre środowiska w Polsce, które wskazywały na pomniejszenie rangi wydarzenia w ceremonii, w której zabraknie najwyższych przedstawicieli władz (prezydentów). Jak się okazało Lech Kaczyński za wszelką cenę (sic...) pragnął polecieć, mimo iż rosyjski protokół dyplomatyczny nie przewidywał powitania głowy RP i oficjalnych spotkań. A więc miała to być uroczystość zamknięta, dla Polaków. Kilka dni po oficjalnej z udziałem obu premierów. Wszyscy prawdopodobnie widzieli w tym geście Miedwiediewa złą wolę i kontynuację polityki antypolskiej. A może po prostu prezydent Federacji Rosyjskiej przeczuwał to co się mogło wydarzyć..?

Katastrofa to może być kulminacyjny punkt aktu pojednania narodów polskiego i rosyjskiego. Choć niespodziewana i tragiczna, to w pewnym sensie wpisuje się w swego rodzaju szerszy proces. Niewątpliwie punktem poprzedzającym ją był fakt pokazania filmu Andrzeja Wajdy "Katyń" w Wielki piątek w rosyjskiej TV (choć na kanale tematycznym o niewielkiej oglądalności). Wysoce symboliczny gest, zważywszy na fakt iż film nie wszedł do dystrybucji w kinach rosyjskich. Po co go pokazano? Chyba nie po to, by ukryć prawdę. Z pewnością ważnymi punktami tego aktu były również spotkania na najwyższych szczeblach Kościółów: katolickiego w Polsce i prawosławnego w Rosji, odbywające się od kilku miesięcy. Wspólne spotkania i modlitwa zbliżają.

Wróćmy jeszcze do samej katastrofy. Oto prezydent wraz ze swoim - bliskim mu środowiskowo - otoczeniem leci do Rosji. Stosunek do tego państwa był bardzo jaskrawym punktem całej, 5-letniej kadencji prezydenta Kaczyńskiego. Stosunek stanowczy, bezkompromisowy, który odzwierciedlał potrzeby elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. Był naturalnym spadkobiercą antyrosyjskiego nurtu patriotycznego, jednej z najważniejszych osi kreowania polskiej tożsamości narodowej od XIX wieku po dzień dzisiejszy. Prezydent Kaczyński prowadził politykę bardzo odważną wobec największego sąsiada Polski i Unii Europejskiej, czym mógł się narażać innym czołom politykom UE, nastawionym neutralnie i mniej emocjonalnie wobec Rosji. Nie wahał się poprzeć prezydenta Saakaszwilego w dość kontrowersyjnej wojnie gruzińsko-rosyjskiej. Miał bodaj największy dystans wśród przywódców UE do władz Rosji, być może nawet większy od prezydentów republik nadbałtyckich, których rusofobia powinna być naturalną reakcją po 50 latach przymusowego bytowania w ramach ZSRR.

Kaczyński do Smoleńska leciał by po raz kolejny świadczyć o prawdzie Katynia. O tej prawdzie, którą komuniści zacierali, tej prawdzie, której dzisiejsi Rosjanie nie znali. Nie znali, ale nie znaczy to, że ją podważali. Ich pamięć narodowa jest w trudnej sytuacji, ponieważ władza sowiecka bardzo skutecznie dezinformowała Rosjan ws. Katynia, stwarzając memoriał w niedalekim Chatyniu - wsi spalonej przez nazistów. Po 10 kwietnia 2010 r. bodaj każdy obywatel Federacji Rosyjskiej będzie wiedział czym jest Katyń w pamięci narodu polskiego. Żałoba narodowa wprowadzona na terenie całego kraju z powodu śmierci głowy innego państwa - tego w Rosji do tej pory nie było. Nawet niedawny zamach terrorystyczny na moskiewskie metro, który pochłonął kilkadziesiąt ofiar zakończył się żałobą jedynie w stolicy Rosji.

Nieprawdopodobnie symboliczna historia. Niechętny wobec kraju do którego leci prezydent, na pokładzie samolotu produkcji radzieckiej... Zamiast słów używa krwi, własnej i grupy oddanych mu, bądź zasłużonych i ważnych dla Polski ludzi. Przelana krew w sposób pokojowy, choć niezamierzony - staje się najwyższą ofiarą w imię Prawdy i Pamięci. Taka ofiara rodzi nieprzewidywalne owoce - Rosjanie naprawdę płaczą z powodu niewinno ubitych "Polaczków". Władze kraju stają na wysokości zadania i ogromny kraj, znany w Polsce z anekdot o powszechnym bałaganie, obłudzie i wewnętrznym chaosie robi dużo więcej w sprawie katastrofy niż musi. Jest niespodziewanie sprawny, ale jednocześnie wrażliwy, szczery i mądry. Tysiące kwiatów i zniczy w ambasadzie, polskich kościołach, na miejscu wypadku. Empatia płynąca z serca najwyższych władz, której mogliby się uczyć politycy Europy zachodniej, którzy zdobyli się na listy kondolencyjne.

Za wcześnie by oceniać owoce z drzewa tej nie dającej się ogarnąć tragedii. Niewątpliwie są i mogą - podobnie jak sama katastrofa - zaskoczyć niejednego.

Na koniec krótko o tragicznie zmarłym w wypadku abp. Mironie. Jeżeli szukamy analogii Katyń 1940 - Katyń 2010, to niewątpliwie hierarchę Kościoła prawosławnego należy zestawić z płk. ks. Szymonem Fedorońko, prawosławnym kapelanem WP zamordowanym z polecenia NKWD wraz polskimi oficerami w Katyniu 70 lat temu. Jak przed laty, tak i teraz widzimy, że Katyń to nie jest tragedia Polaków i rzymskich katolików, to tragedia Najjaśniejszej Rzeczypospolitej i Jej obywateli. Polacy muszą o tym wiedzieć.

czwartek, 25 marca 2010

Morfologia bajki. Syzyfowe prace, cz. III


Film kończy się amerykańskim zachodem słońca w stylu filmów katastroficznych. Kolejna historia została zawłaszczona przez model kina zza oceanu. Dlaczego wszystko musi się kończyć tak samo? Amerykanie wyjdą z kin jeśli nie zrozumieją zakończenia?

Obraz, tak jak jego poprzednicy i zapewne następcy, nie sprostał ekranizacji języka mitologicznego. Czy syzyfowe prace będą kontynuowane? Najpewniej, wszak tu nie chodzi o Piękno, a o cash.


wtorek, 16 marca 2010

Morfologia bajki. Humanizm vs. egoizm, cz. II

Poprzedni wpis skończył się na podróży radiowozem. Więc efekty specjalne muszą być jednoznaczne - w miejskim kwartale gasną światła. Następnie ze snu niczym Neo w Matrixie budzi się drugi bohater, o tragicznie brzmiącym imieniu Jeep. Nie, to nie samochód. Jego partnerka będzie mu pasować, jako dziewczyna o dźwięcznym imieniu Charlie. Jeep budzi się niczym św. Józef ze snu. Analogia całkiem na miejscu, wszak również i Jeep nie jest ojcem dziecka kobiety, którą się opiekuje. Tak jak Józef ma również dylematy związane z ojcostwem, śnią mu się koszmary. Doprawdy pionurująca alegoria z żenującą dosłownością filmu nawiązującego do kultury chrześcijańskiej. Dalej jest tylko gorzej.

Jeep mieszka w samochodzie. Śmiesznie? A raczej w przyczepie campingowej. Artystyczny środek wykorzystany przez reżysera uderza z filmowego archetypu bezrobotnego, wolnego Amerykanina, mieszkającego pośrodku pustyni w Nevadzie - jak Americam Dream. Jeep mieszka przy zajeździe "Paradise Falls" (nic-nie-mówiący tytuł), który staje się docelowym głównym miejscem akcji całego filmu. Pozostali bohaterowie obrazu są narysowani równie grubą krechą: czarnoskóry kucharz, wierzący, z uchwytem wmontowanym zamiast dłoni, ojciec Jeepa o mało istotnym imieniu (nie wychwyciłem), który będzie miał w filmie kilka mądrych ojcowskich zdań, choć realista to wie że warto wierzyć i to właśnie tę postawę pochwali później archanioł. W zajeździe przypadkiem znajduje swoje miejsce również małżeństwo z dorastającą córką - archetyp amerykańskiej szansy na nowe życie, ponieważ szukają nowego środowiska do życia, jak się okazuje ze względu na złą córkę. W filmie pojawia się również drugi czarnoskóry (podwójna poprawność polityczna), walczący o prawa do dziecka chuligan z gnatem.

Zapomniałem dodać - mamy właśnie Boże Narodzenie. Jakżeby inaczej? W końcu ma się urodzić Mejsasz. Ale nie uprzedzajmy faktów. W filmie nie brakuje kuriozalnych artefaktów nie tylko z dziedziny religii (nadciąga plaga much), ale i historii filmów grozy. Zajazd nawiedza staruszka zamawiająca surowy stek ze szklanką wody z lodem (lód chłodzi ogień surowego mięsa - przecież każdy anioł tak jada), która okaże się bluzgającym morderczym aniołem, wspinającym się na czworaka po suficie. Prze-ko-mi-czna scena. Następna z lodziarzem przypominającym pająka - równie dobra. Jeśli można na filmie grozy umrzeć, to w tym wypadku - ze śmiechu.

Dobry Michał mówi niskim głosem. Zresztą jak każdy anioł w tym filmie. Złych aniołów nie widać, więc ich nie ma. Oś podziału racji wskazuje na to, że jeśli ktoś ma być zły to jest nim Bóg, bo chce zesłać na ludzi śmierć. Michał chce bronić brzemiennej i w oczach widza staje się dobry. Gentelman powiedzielibyśmy, bo nie tyle ustępuje miejsca ciężarnej w autobusie ale chce żeby przeżyła - więcej - filantrop. W przeciwieństwie do okrutnego Boga.

W filmie uderza bardzo mocno humanizm jako obowiązujący mainstream światopoglądowy. Ale to tylko pozory. W jego świetle ten kto zabija jest zły. Kibicujemy Michałowi, ponieważ jest zaskakująco ludzki jak przystało na archanioła. Dobry jest ten, który wierzy w człowieka, w to że może się jeszcze zmienić. Ale na jakiego, panie reżyserze? Być lepszym wobec innych ludzi, być lepszym wobec siebie? Niestety taki humanizm ma jedną słabą cechę. Nie ma szans w konfrontacji z innym, lobbowanym w filmie pojęciem - indywidualizmem, a raczej egoizmem. Zły Bóg jest egoistyczny, bo nie chce pozwolić ludziom żyć, a dobry człowiek chce równie egoistycznie przeżyć. Egoistą okazuje się również Michał, ponieważ robi to co czuje, zaprzeczając całej swojej anielskiej tożsamości. Humanizm jest więc jedynie kamuflażem ludzkiego egoizmu. Ale nie jest to pointa filmu, na którą zapraszam w trzeciej części recenzji.

niedziela, 14 marca 2010

Morfologia bajki. O obyczajach, cz. I

Nie, nie będzie to wpis o Włodzimierzu Proppie (niech spoczywa w pokoju, nie ruszajmy go) ani o rosyjskich strukturalistach. Ale wyjdziemy od bajki jako opowieści by zrecenzować pewien film, który miałem nieszczęście oglądać. Jako, że przekleństwem antropologa jest świadomość powtarzalności narracji, traci on często ochotę na przeżywanie opowiadanych historii - trochę jak raz przeczytana książka, która brzmiąc zupełnie inaczej niż podczas pierwszego czytania, nie wzbudzi już takich emocji.

Filmem, którego nie polecam, ale tylko dlatego że jest słaby artystycznie (nad fabułą się za chwilę poznęcam) jest wyprodukowany w tym roku obraz pt. "Legion". Na wskroś amerykańskie kino zgotowało antropologowi religii przestrzeń do zażenowania i konsternacji. Tytułowy legion to armia aniołów, która ma się rozprawić z ludzkością. Wątek tak stary jak apokalipsa św. Jana, której historia Europy (zwłaszcza zachodniej) przeznaczyła sporo miejsca, w sztuce i w kulturze.

Film rozpoczyna się od aksjomatu "ludzie są źli", czyli horacjańskiego "vitiis nemo sine nascitur". Autor obrazu idąc za tropem zachodnioeuropejskich myślicieli (filantrop Rousseau, pragmatyk Machiavelli) i renesansowej rewizji zdobyczy tradycji judeochrześcijaństwa, zawartej w słowach stworzenia człowieka na obraz i podobieństwo Boga (Rdz 1,26-27) bierze w ogromny nawias to co się w Europie stało od momentu narodzin Chrystusa aż do XVI-XVII w. i reformacji. Dokłada do tego amerykańską bezczelność w stosunku do istniejących reguł ("jedyna reguła to złamanie reguł") i zasad funkcjonowania tego świata, zawartych najmocniej w tzw obyczajach. Nie brak obyczajów jest tutaj najgorszy, a powtarzanie schematu w którym najlepszym schematem obyczajowości są moje własne obyczaje. W filmie od początku rozwala użyty język. Konfrontacja języka religijnego z prostym i wulgarnym angielskim frustruje. Dlaczego Bóg się wściekł na ludzkość zsyłając karę podobną potopowi? "Nie wiem. Chyba miał dość tego piepszenia".

Jak na powiastkę inspirowaną kulturą chrześcijańską widz bez trudu wyłapie podstawową symbolikę. Kawał historii, który reżyser wziął w nawias, to przede wszystkim spuścizna chrześcijaństwa. Idąc za protestancką rewizją Pisma Świętego umieszcza bohaterów swego filmu - czasowo - mniej więcej w okolicach 1 w. p.n.e. (Chrystusa nie ma i nigdy nie było) - przestrzennie - gdzieś na bezdrożach route 66 i XX w. Tytułowy legion rozpoczyna apokalipsę podobną do potopu przed Chrystusem. Bóg jest zły i chce ukarać ludzkość. Naturalnie nie jest to Bóg w Trójcy, ponieważ ten w osobie Chrystusa odwrócił - jak wierzą chrześcijanie - losy ludzkości (więc nie musi niczego zsyłać), nie jest to również Bóg żydów, ponieważ ten obiecał już więcej tego nie robić. A więc o którym Bogu opowiada reżyser filmu? Nie wiadomo. Może to Bóg z pogranicza światów Świadków Jehowy i Mormonów?

Ale wróćmy do filmu. Bóg wysyła archaniołów Michała i Gabriela (cóż za nieprzypadkowa zbieżność imion z chrześcijańskimi i żydowskimi!) aby dokonać zagłady. Bóg jest dobry, więc każdy kto mu się przeciwstawi wynikałoby że jest zły. A więc złym się staje Michał, ponieważ on wciąż wierzy w ludzkość i w to że może się zmienić. Postanawia ją uratować. Taki paradoks - anioł przestaje być aniołem (gr. aggelos - posłaniec boży/realizator woli bożej), a Bóg przestaje być Bogiem (jest wrogiem ludzi, choć przerysowanie antropomorficzny). Apokalipsa rozpoczyna się nie w Malezji czy Tadżykistanie, a oczywiście w LA. Główny bohater pojawia się w deszczu, jako symbolu odrodzenia i życia. Odcina sobie skrzydła stając się całkiem ludzki. Tylko nie wiadomo skąd te dziary w kształcie drutu kolczastego na całym ciele... chyba dla podniesienia animuszu i argumentów w ręku. Michał prawdopodobnie oglądał wcześniej Matrixa, więc by uratować świat zabiera się za skład broni zabierając kilkanaście sztuk, po czym rozwala ścianę (powstaje gorejąca wyrwa w kształcie krzyża - nomen omen - to pierwszy z dwóch w całym filmie momentów użycia krzyża) jest w gładkim płaszczu, jako bohater - koniecznie rozpiętym, w pewnym nieładzie. Okularów przeciwsłonecznych brak - nie wiem właściwie dlaczego reżyser zdecydował się na taki krok. Bohater musi wyglądac elegancko, nikt nie wyobraża sobie archanioła Michała w dresie. Żandarm z nieba ściera się z żandarmami z ziemi, policjantami - o legitymizację władzy w filmie. Jeden z nich zamienia się w zainkubowanego anioła (z legionu) jednak co ciekawe - jego atrybuty całkowicie zaprzeczają tożsamości. Duże czarne oczy i zęby jak u rekina, do tego niski głos - cecha wszystkich aniołów. Generalnie reżyser wykonał dość ekwibilirystyczny zabieg oszukania widzów w zamianie stron dobra i zła. Dobrym postaciom nadał przymiotów postaci złych, źli w końcu okazują się dobrymi. Trochę tandetne... Główny bohater odjeżdża radiowozem.

Koniec części I opowieści.